Jak spędziłam długi weekend sierpniowy, czyli krótka relacja z Ultramaratonu Magurskiego

oraz kryptoreklama Beskidu Niskiego

Długi weekend sierpniowy spędziłam w Beskidzie Niskim. To jedno z moich ulubionych miejsc w Polsce! Wracam tam regularnie od ponad 25 lat i zawsze się cieszę, że są jeszcze takie miejsca, gdzie nie ma za wiele turystów, a jest spokój, przestrzeń i klimat – idealny do włóczęgi, do leżenia, do doładowania akumulatorów.

Kto był, ten wie co mam na myśli, kto nie był – no cóż… nie jestem chyba w stanie w kilku zdaniach tego ująć, więc najlepiej po prostu pojechać i samemu to poczuć.

 

Dlaczego Magurski?

Widok z podejścia na Kamień

Złaziłam te góry wiele lat temu, jako kursnat Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich, następnie już jako przewodnik jeżdżąc z kolejnymi kursantami na ich kurs i wędrówkę po Beskidzie Niskim. I choć zmieniła się infrastruktura (teraz są oznakowane szlaki), pojawiał się Park Narodowy (nie da się więc chodzić wszędzie “na siagę” jak za dawnych lat) to nadal jest tu dziko. I ciągle chce mi się wracać.

A czy może być lepsza okazja, czy pretekst by tu wrócić jeśli nie udział w zawodach rozgrywanych na tym terenie?

Dlatego też brałam udział w Łemkowyna Ultra-Trail (30 km), w biegu po historycznym szlaku kurierów z czasów II wojny światowej “Jaga-Kora” (40 km) i już 3 razy w Ultramaratonie Magurskim. W tym roku pewnie bym się już nie skusiła bo 2 lata z rzędu ta sama trasa na 58 km to byłoby wystarczająco, ale w piątej edycji organizatorzy zmienili trasę i nie mogłam się jej oprzeć. 

Dystans się wydłużył do 67 km, a po drodze pojawiła się dolina Nieznajowej. To jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Beskidzie Niskim. Dla mnie wręcz magiczne. To takie miejsce, która woła, wciąga, zaurocza. Gdzie przestaje się o czymkolwiek myśleć i po prostu się chłonie tą chwilę, ten moment, ten klimat. Nie mogłam zatem nie pobiec tej nowej trasy. Gdy tylko zobaczyłam co tym razem przyjdzie mi pokonać i zobaczyć po drodze wiedziałam, że chcę tu być. I byłam! I bardzo się z tego cieszę!

Ponieważ zawody wypadały w środku długiego weekendu, więc z moim niezawodnym supportem w osobie mojego kochanego Krzysia oraz Darka – przyjaciela ze studenckich lat (a także z wirtualnym wsparciem mojej stałej drużyny dopingowej, która tym razem nie mogła fizycznie z nami być) pojechaliśmy do Krempnej wcześniej, by się zaaklimatyzować i po prostu sobie połazić po okolicy. 

 

Byle dobrze przetrwać pierwsze 25 km

Sam bieg ruszał w sobotę 17 sierpnia o godz. 5.00 rano, więc wszystko trzeba było przygotować dzień wcześniej: bułki na śniadanie w markecie “Atlantik”, ubrania, buty, ekwipunek. Herbata też zaparzona już wieczorem, by rano tylko dolać trochę gorącej wody i wypić do bułki z miodem. A zatem pobudka o 3.50, ubieranko, jedzenie, ostatni rzut oka, czy wszystko wzięte i marsz na start. A że z miejsca noclegu na start było ok. 900 m, więc spokojne rano na rozbudzenie zaliczyliśmy spacer. Jak wychodziliśmy o 4.30 było jeszcze ciemno i chłodno. Włożyłam na mój strój do biegania polar i bezrękawnik, by nie zmarznąć za bardzo przed startem. 

Na starcie

Te minuty przed samym ruszeniem w drogę są zawsze takie trochę nierealne. Ekscytacja, jakiś taki lekki stresik pojawia się dzień wcześniej, a już rano w dniu startu, po raczej słabo (jeśli w ogóle) przespanej nocy, człowiek zaczyna działać jak maszyna. Nie ma strachu, ale jest takie jakby małe otępienie. Mobilizacja. Trochę jakby obserwowało się siebie z zewnątrz. Ostatnie fotki, całusy i ruszam przed siebie.

Już na początku trasy „magurskiego” jest podejście na Kamień, na którym można się skutecznie rozgrzać. Zaczyna się też rozwidniać i w zasadzie od samego początku latarka nie jest w ogóle potrzebna. Na tym etapie wszyscy jeszcze idą/biegną w przysłowiowej “kupie”. Zbieg z Kamienia do Kątów to fajny oddech po początkowej wspinaczce dodatkowo okraszony wschodem słońca nad pasmem ciągnącym się od Grzywackiej po Danię. W tym roku było trochę więcej chmur i ten wschód słońca nie był być może tak spektakularny jak rok temu, czy 2 lata temu, ale nadal robi wrażenie. Jest po prostu pięknie. I na tym odcinku zgodnie z sugestią mojego męża-trenera zjadłam w ok. 50 minucie pierwszy żel.

W tym roku w Kątach nastąpiła zmiana trasy i zamiast na wschód w kierunku Chyrowej biegliśmy dalej na zachód w kierunku Magury Wątkowskiej, a następnie Wołowca i Nieznajowej.

Od razu w głowie sobie założyłam, że te pierwsze 25 km są w sumie najważniejsze, by je dobrze przetrwać, bo tu skumulowanych jest najwięcej podejść – na Kamień, na Kolanin, na Świerzową i Magurę. Potem w środkowym odcinku trasa dawała już trochę możliwości “odpoczynku”. I chyba właśnie tego odcinka z Kątów na Kolanin jakoś się najbardziej obawiałam. Tymczasem już po 2:13 (na pierwszym punkcie żywieniowym pod Ostryszem) miałam ten odcinek za sobą i mogłam spokojnie biec dalej. 

Tym bardziej, że nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie będę w tej Nieznajowej! A po drodze jeszcze:

  • Magura, na której byłam rok temu z moim Krzysiem i przyjaciółmi, gdzie jedliśmy pyszne kanapki z pastą z bakłażana, 
  • schronisko w Bartnem, gdzie w czasie studiów kilkakrotnie nocowałam z koleżankami śpiewając przy gitarze piosenki wieczorami, 
  • Wołowiec, gdzie w czasie zaliczania manewrów nocnych na kursie przewodnickim znalazłyśmy się z koleżanką w środku nocy i odganiałyśmy się od psów przemieszczając się między Obszarem, a Mareszką, 
  • no i wreszcie Neznajowa – piękna, magiczna dolina! I do tego “moje chłopaki” tam na mnie czekali z dopingiem i aparatem! 

 

Przez dolinę Nieznajowej do Przełęczy Beskid

W dolinie kilkakrotnie przyszło nam pokonywać w bród rzeki (Zawoję i Wisłokę), w których woda po zeszłotygodniowych opadach była lekko podniesiona. Nie było jednak źle, ale po kamieniach nie dało się przejść suchą stopą. Przynajmniej w moim wykonaniu. Fakt faktem, że widziałam, że biegacze z kijkami próbowali metody z kamyka na kamień podpierając się właśnie kijkami, ale znając moją grację (a ja biegam bez kijków) obawiałam się, że stracę tylko czas lądując ostatecznie cała w wodzie. 

Dlatego też pokonywałam te brody metodą mojego kolegi zwaną “Avanti!”. Jest ona dość prosta: po prostu biegniesz przed siebie na nic nie zważając. Woda faktycznie była momentami do połowy łydek, ale ponieważ żwawo się przez bród przemieszczam to nie było to jakoś specjalnie uciążliwe. Kolejne metry po wbiegnięciu na suchy ląd to było chlupotanie, ale jakoś szybko woda z butów uchodziła i biegło się dalej.

W Nieznajowej

Tu mała dygresja sprzętowa: muszę stwierdzić, że Hoka Challenger ATR 4 to są właśnie super buty do takiego biegania. Szybko schną i właściwie nie odczuwałam żadnego dyskomfortu spowodowanego mokrymi butami (poza momentem gdy brodziłam w wodzie i kolejnych parę metrów, zanim woda się z butów wylała). To moje kolejne Hoki do biegów trialowych i jestem z nich baaardzo zadowolona!

Biegnąc przez Nienzajową przebiło się też w końcu ostatecznie słońce, które wcześniej było trochę za chmurami. Aura zrobiła się iście letnia. 

Potem zaczęło się powolne wznoszenie się przez Radocynę w kierunku granicy, a następnie przełęczy Beskid. Już na drugim punkcie żywieniowym w Wołowcu odkryłam, że połączenie drożdżówki z dżemem zagryzanej arbuzem to mega zestaw. Arbuz skutecznie zmiękcza drożdżówkę i nie trzeba tracić energii na jej przeżuwanie (dodatkowo nawadnia), a z drugiej strony drożdżówka skutecznie wypełnia żołądek, a po kilku godzinach biegu już naprawdę chce się jeść. Dlatego też z utęsknieniem leciałam na 50 km do ostatniego punktu żywieniowego właśnie na przełęczy, by posilić się tym “wspaniałym zestawem”.

 

„Ból to ściema”

Z przełęczy Beskid następnie krętą, leśną drogą lecieliśmy dalej do Ożennej. Nie znałam wcześniej tej drogi i przyznam szczerze, że dość skutecznie mnie ona wymęczyła. Nie spodziewałam się jakoś takiego podejścia na tym odcinku. A i kręciła się niczym uciekający wąż i cięgle nie było wiadomo co czeka za kolejnym zakrętem. Myślami podchodziłam już z Ożennej na Wysokie, a tu tymczasem trzeba się było zmagać z podejściem, którego “nie miałam w planie”. Na szczęście potem na deser czekała na mnie nagroda w postacie pięknego widoku w trakcie zabiegu do Ożennej

A odcinek z Ożennej do Krempnej pokonywałam już i rok temu i 2 lata temu więc wiedziałam dokładnie co mnie tam czeka. Na to już byłam przygotowana psychicznie. Minęłam więc PGR i zaczęłam wspinaczkę zniszczoną asfaltówką na grzbiet, z którego zielony szlak odbija w las na Wysokie. Asfalt już prawie całkowicie spłynął, a kultowy napis “Ból to ściema” (jakże prawdziwy, w tych okolicznościach) jest już słabo widoczny.

Widziałam też, że tam czekają na mnie “moje chłopaki” z dobrym słowem, uśmiechem, aparatem! To dawało mi kopa, by szybko posuwać na przód. A stamtąd już ostatnie 8 km do mety! Powiedziałam im, że za godzinę powinnam być i zmotywowana danym słowem parłam do przodu pomimo, że uda już mocno dawały mi się we znaki

W drodze z Ożennej na Wysokie

Na Wysokim grupa turystów biła mi brawo, a potem już tylko w dół. Na tym odcinku biegłam już w zasadzie sama. Mięśnie czworogłowe nie pozwalały mi się już tak rozpędzić z góry jakbym chciała, ale i tak dało radę biec. Na koniec 4 km asfaltu, prawie już po płaskim. Motywowałam się cały czas, by biec, choćby nawet wolno truchtać, byle tylko nie przechodzić do marszu i zakończyć jak najszybciej te zawody.

Zjadłam po drodze ostatni żel (chyba szósty lub siódmy na całej trasie) i dotruchtałam na metę z czasem 8:47. 

 

Meta – jak mi dobrze!

Ten moment, kiedy można się wreszcie zatrzymać – bezcenny! Uśmiech najszczerszy ze szczerych. Radość, uściski, gratulacje. Duma. I to uczucie: “jak mi teraz już dobrze!”.

Myślę, że każdy biegacz ma jakiś swój sposób podejścia do biegania na tych dłuższych dystansach. Nie wiem co inni sobie myślą, jak się mobilizują. Ja biegam całkiem amatorsko, głównie dla dobrego samopoczucia i utrzymania formy. Nie mam parcia na jakiś spektakularny sukces w postaci podium, ale jestem też ambitna. Wiem na co mnie stać i jakieś założenia przed startem sobie robię. Realne. Na miarę moich możliwości. Tym razem chciałam się zmieścić w czasie między 9 a 10 godzin. W duchu liczyłam, że uda mi się pokonać ten dystans 67 km z ok. 2000 m przewyższenia w 9,5 godziny. No i udało się!

 

Z czasem 8:47:22 zajęłam 12 miejsce wśród kobiet (na 61 startujących) i 85 w generalce (na 251 wszystkich startujących). W mojej kategorii wiekowej wśród kobiet zajęłam 4 miejsce (na 21 dziewczyn).

 

Na mecie

Przez cały bieg w głowie motywowałam się przywołując wcześniejsze doświadczenia: 

  • byle przebiec 27 km to już najgorsze podejścia za Tobą i zostanie Ci tylko 40 km (to tyle co przebiegłaś w maju na „Jaga-Korze”), 
  • byle do 34 km to już będziesz za połową, 
  • byle do 42 km to już tak jakbyś pokonała maraton, a do końca raptem 25 km (czasem przy niedzieli biegasz tyle z Krzysiem!), 
  • byle do 50 km na ostatni punkt żywieniowy to już zostanie tylko 17 km (pomyśl ile razy pokonałaś ten dystans na wsi w czasie wakacji), 
  • byle do 57 km to już zostanie tylko 10 km (przecież tyle biegasz w ramach treningu na tygodniu), 
  • byle doczłapać na Wysokie to już potem tylko 6 km z górki. 

I tak do samego końca. I po raz kolejny moja taktyka “byle do przodu” zdała egzamin. I ciągle w głowie miałam słowa “moich chłopkaów”, które z jednej strony mnie rozśmieszały, a z drugiej motywowały: by utrzymać “unagi” (kto oglądał “Przyjaciół” ten wie o co chodzi).

 

Podsumowując

Organizacyjnie bieg też był bardzo dobrze przygotowany: dobrze oznakowana, piękna (!) trasa, dobrze zaopatrzone punkty żywieniowe (czy rok temu też były pomidory i sól?) w odpowiednich momentach na całej trasie, uczynni wolontariusze, fajna strefa kibica na terenie szkoły, kameralna atmosfera.

Naprawdę fajnie, więc nie ma się co dziwić, że już 3 razy meldowałam się w Krempnej. I każdemu, kto rozważa udział w zawodach biegowych po górach serdecznie Ultramaraton Magurski polecam. Dla jeszcze większych śmiałków jest trasa 100 km, a dla osób, które chciałyby zażyć „próbki” tego maratonu – trasa 22 km. Jestem pewna, że nikt się nie zawiedzie.

A co mi osobiście dały te zawody? Dużo radości (już na mecie), mobilizacji do treningów w okresie przygotowawczym, okazję do zachwycenia się po raz kolejny Beskidem Niskim, wiarę we własne możliwości, dumę z siebie, okazję by przekonać się po raz kolejny, że mam prawdziwych, oddanych przyjaciół, którzy mi kibicują! 

Ja i mój medal 😉

Obeszło się bez żadnych kontuzji, nogi i stopy całe. Jedynie „czwóreczki” dają się we znaki przy zmianie pozycji (ciężko wstać lub ciężko siąść) i schodzeniu w dół. Ale to minie.

Jest dobrze 🙂

6 Comments

  1. Bardzo fajna relacja 🙂
    Idealnym jest właśnie rozkładanie dystansu na czynniki pierwsze i robienie z tego mini zadań 🙂 Choć moje doświadczenie w ultra nie jest spektakularnie długie to ktoś mądry i szybki mi tak kiedyś powiedział 🙂
    Pozdrawiam

    • Dziękuję 🙂
      A ta taktyka sprawdza się nie tylko w biegach na długie dystanse, ale także w realizacji innych większych zadań 😉
      Pozdrawiam!

  2. Na razie biegałam tylko asfalty – przełaje tylko treningowo. I nigdy nie biegnę drugi raz tego samego biegu. A Ty widzę że lubisz wracać na znane szlaki. Nie biegasz w biegach ulicznych? To to jest dopiero ściganie 😉
    Jakie starty planujesz w przyszłym roku?

    • Biegi uliczne jakoś mnie nie pociągają 😉 Biegam, oczywiście czasem i po asfalcie, bo mieszkam w mieście i zanim wybiegnę na „polne drogi” to muszę trochę podbiec chodnikiem, czy ulicą (na szczęście nie bardzo długo, bo mieszkam na oberżach).
      Na zawody uliczne chodzę czasem jako kibic, bo mój mąż i teść czasem coś biegną 🙂 Sama natomiast wolę biegi w terenie – nie biegnie się w tłumie, widoki rekompensują wysiłek, jest to bardziej walka z samym sobą, niż ściganie z innymi i to mi odpowiada 🙂
      Na przyszły rok nie mam jeszcze sprecyzowanych planów, ale na pewno Magurski już odpuszczę i poczekam, aż coś znowu zmienią w trasie 😉
      A Ty biegasz raczej krótkie, czy dłuższe dystanse?

      • Na razie dyszki i połówki – bo lubię biegać szybko. Maraton jeszcze przede mną, acz muszę być pewna, że będę go w stanie przebiec a nie przemaszerować. Nie wiem czy ultra jest dla mnie – to chyba nie moje klimaty. Ale w bieganiu jest fajne, że ilu biegaczy tyle „filozofii biegania”: jeden woli szybko i krótko, inny długo i wolno, dla jednego tylko asfalt, dla innego tylko trail, inny z kolei miesza – a i tak jesteśmy wszyscy jedną wielką biegową rodziną.

        Pozdrawiam ciepło 🙂

        • Jest dokładnie tak jak piszesz – każdy ma inną motywację do biegania, inny styl, co innego z tego czerpie (choć pewnie większość dużo radości i satysfakcji :)).
          Życzę fajnych treningów i dużo radości z biegania, a w przyszłości maratonu z dobrym czasem 🙂
          Niech moc będzie z nami!

          Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Krewetki z porem w sosie teriyaki

Spagetti z tuńczykiem, cukinią i pomidorami